niedziela, 18 listopada 2012

Daj cześć... cz 2



macieee tu cd. nauki sztuczki... :)
Gdy konik opanuje juz to wystarczająco dobrze (ze ty mu podnosimy noge uderzając bacikiem w łopatke) możemy spróbować zrobic sztuczke na sam głos lub na same uderzenie bacik
iem jeżeeli kon nie bedzie wiedział o co chodzi robimy to co wczesniej to znaczy wyciągamy jego nogedoo przodu i mówimy komende lub uderzamy bacikiem w łopatke :)
Życze powodzenia nie zapomnijcie nagradzać swoich ulubieńców :)
w końcu napewno wyjdzie... (świczenia z samym bacikiem lub na sam głos można zacząc co najmniej po 7 dniach nauki) /Kinga

Sztuczka... Daj cześć... cz 1





Witajcie Kochani... :**


Dzisiaj bardzo zimno, więc zamiast na jazde proponuje Wam zacząć nauke swojego konia pewnej sztuczki
Nie wiem dokładnie jak ona sie nazywa ale niektórzy mówią na nią proszenie, danie cześć (sztuczke wykonuje kucyk na
załączonym filmiku w 3 sekundzie tylko że on robi to na siedząco a my dzisiaj bedziemy sie uczyć na stojąco...
Pamiętajmy że żeby konia zaczać uczyć sztuczek trzeba najpierw zdobyć zaufanie konika....
Jeśli koń ma do nas zaufanie, nic nie szkodzi na przeszkodzie aby nauczyć go kilka prostych a zarazem bardzo efektownych sztyczek...
Należyly pamiętać ze zadnej sztuczki nie da sie nauczyć w 1 dzień każdy koń potrzebuje więcej lub mnie czasu... Musimy mu poświęcać czas codziennie jeśli ominiemy jeden dzien nauki musimy zaczac wszystko od nowa...
Jeżeli to pierwsza sztuczka jaką bedziesz uczyć konia możesz poprosić drugą osobe by trzymała ci w tym czasie uwiąz (po pewnym czasie koń zrozumie że nic mu nie grozi i druga osoba bedzie niepotrzebna)
a i jeszcze jedno trening sztuczek nie powinnien być ddługi abyu konikowi sie nie znudziło... (bo wtedy nie będzie chciał następnym razem tego robić)
KROK 1
Bierzemy noge stojącego konika i wyciągamy ją do przodu gdy to robimy delikatnie uderzamy bacikiem w jego łopatke (DELIKATNIE!)
CHYBA ŻE CHCEMY NAUCZYĆ GO NA GŁOS A NIE NA BACIK WTEDY MÓWIMY NA POPROS ALBO DAJ CZEŚĆ :)
Ja osobiście polecam na bacik ponieważ to ładniej wygląda można również nauczyć go i na to i na to wtedy gdy uderzamy w łopatke mówimy np. poproś...
za każdym razem gdy podniesiemy mu ta noge i wyjmiemy do przodu a on nie bedzie stawial zadnego oporu (a na poczatku napewno bedzie) wtedy dajemy mu nagrode np. marchewke
ćwiczenie powtarzamy około 5 razy dziennie (z odstępami)
Kolejna cześć w kolejnym poście :)) /Kinga

http://www.youtube.com/watch?feature=endscreen&NR=1&v=5cf-SKWd7TY

Zaufanie :**

no to co nadeszedł czas aby konik nam baardzo zaufał...
Ja osobiscie baardzo polecam technike join-up
Najlepiej jest to robić na roun penie :) (okrągłe kółko zwane również lążownikiem)
my stojąc na środku koła poganiamy go lżoną do galopu. 
Po paru okrążeniach zmieniamy kierunek. Jak koń skieruje uchu w naszą stronę zmieniamy chód do kłusa. Teraz czekamy na kolejny sygnał od konia: opuszczona głowę, oraz przeżuwanie. Jeśli zobaczymy takie sygnały coraz częściej zmieniamy kierunek. W końcu dochodzimy do takiego momentu że raz blokujemy koniowi drogę, a następnym, razem pozwalamy mu przebiec. Jeśli zobaczymy że koń szuka z nami porozumienia przez częste spoglądanie w nasza stronę, rzucamy lonżę i patrzymy się na pierś konia. Jeśli koń nie ma odwagi podejść podchodzimy do niego zygzakiem, głaszczemy po pysku, po czym stajemy tyłem do konia.
Teraz najtrudniejsza część. Ruszamy na przód. Koń powinien ruszyć za nami. Jeśli nie ruszy wracamy do pogonienia do lonżą, aż uzyskamy po raz kolejny sygnały o które nam chodziło już wcześniej.
Jeśli jednak koń ruszy za nami spacerujemy po całym roundpenie. Możemy od czasu do czasu się zatrzymać, zmienić kierunek. Jeśli koń odłączy się od nas, ponownie wracamy do poganiania go lonżą i czekamy do następnego połączenia się. 
jeśli nie uda sie za pierwszym razem niczym się nie przejmujcie sprubójcie nasteonego dnia... każdy koń buduje inaczej swoje zaufanie... Nie wykonujcie tego więcej niż 1 raz dziennie CO ZA DUŻO TO NIEZDROWO!! /Kinga :**

Natural.

NATURAL!! <33
Kochani dzisiaj wytłumacze Wam bardzo łatwy sposób na uspokojenie konia :)
Metode można stosować przed zawodami aby rozluźnić konia lub w inny sposób pobudzić (wytłumacze za chwwilke)
ja osobiście poelcam do stosowania na koni
u którego zaufanie chcecie zdobyć. Matoda ta nazywa sie Ttouch (nepewno wielu z Was już o niej słyszało)
Polega to na tym ze wszystkie palce od ręki pryczepiamy do siebie sciskamy tak by powstał taki dziubek...
Natępnie zaczynamyy kreślić małe kółka na koniu...
zaczynając od pyska aż pod sam zad...
gdy kółka kręcimy zgodnie z rruchem wskazówek konia pobudzamy...
a gdy w przeciwną konia rozluźniamy :)
Metoda jest bardzo pracochłonna ale juz po 15 minutach można zauważyć znaczne rozlużnienie lub pobudzenie konia...
ja zawsze stosowałam to na koniach zpiętych ... bardzo pomagało mi to nawiązać z nim kontakt :))
Należy jednak pamiętać że koń nie powinien byc przywiązany w czasie wykonywwania tej czynności najlepiej gdyby był w boksie :)
kulistymi ruchami masujemy całe ciało oraz nogi!!
Wazne zebyśmy mieli duzo wolnego czasu gdy zabieramy się do tej metody ponieważ masaż trwajacy 10 minut nie przyniesie znakomitego efektu :)) /Kinga

czwartek, 15 listopada 2012

Galopem do... nowości! :**

WITAJCIE!!
Jestem Kinga i od dzisiaj również będę prowaadzic tego bloga!!
Hmm... ogólnei zajme sie pokazaniem Wam jak nauczyć swojego ulubieńsa sztuczek np. (ukłonu)
Ja osobiście przy koniach sie poprostu wychowałam... jeżdrze ponad 3 lata...
jezdziłam western ujeżdrzenei i skoki kocham naturlaa i to jemu też poświece wielee czasu... :**
Mam nadzieje że miło Wam się będzie czytało moje posty!
Zapraszam Serdecznie!!

piątek, 9 listopada 2012

Bieg wolności


Zapowiadał się normalny nudny dzień. Od rana głucho snułam się po pokojach, kiedy to zadzwonił telefon z propozycją nie do odrzucenia. Zaraz poinformowałam resztę domowników i zaczęliśmy się szykować. Już wiedziałam że to będzie cudowny dzień, przecież jechałam do stajni. Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęłam jeździć konno, jednak na początku nie było w tym czegoś takiego. Dopiero później zaczęłam dostrzegać magię w tych pięknych zwierzętach i przerodziło się to w miłość. Całą drogę nie mogłam przestać myśleć o tych stworzeniach, a gdy już byliśmy na miejscu od razu popędziłam do stajni. Sam fakt że tylko chwila dzieli mnie od cudownych przygód na końskim grzbiecie, sprawiał że moje serce śmiało się i unosiło z radości. Gdy tylko dosiadłam srokatej klaczy, ruszyła dostojnym krokiem. Na początku zaczęłyśmy od kłusowania, w którym krok za krokiem stawiany był dumnie i z gracją, jak na klacz przystało. Po chwili zaczęłam przyśpieszać tępo. Zaczęłyśmy zbliżać się do jeziora. Wjechałyśmy do wody, a ona radośnie rozchlapywała wodę na boki. W tym czasie zdałam sobie sprawę, że nigdy nie jechałam galopem i że kiedyś muszę spróbować. Czułam, że to właśnie ten dzień. To właśnie dziś miałam stawić czoła największej przyjemności i strachu w jednym. Wyszłyśmy z wody, i znów zaczęłyśmy spokojnym, dumnym kłusem. Wzięłam duży oddech w moje płuca, oczy zaświeciły mi się ze strachem i zarazem wielką radością. Sprawdziłam strzemiona i złapałam mocniej wodze, po czym docisnęłam mocniej łydki dając jej znak. A ona zerwała się do biegu i od teraz klacz i ja stanowiłyśmy jedność. Czułam że płynę w powietrzu, mknąc po łące. Wiatr rozwiewał jej grzywę, a słońce nadawało blask tym końskim oczom. Byłam wolna od zmartwień, złudzeń w moim własnym świecie, gdzie istnieje tylko pęd i wiatr, który nie mógł nas dogonić. Tylko ja i ona, jako jedna myśl i ciało. Galopem przed siebie, ledwo stykając się z ziemią. Byłyśmy lekkie i swobodne, jak na czystym niebie ptak. Pędziłyśmy tam gdzie horyzont, drga niebieską linią wprost w otwarte wrota chmur, siwych chmur, tam gdzie powstaje nowy dzień. Miałyśmy roziskrzone oczy, pełne szczęścia i radości z poczucia odzyskanej wolności. Serce biło mi jak oszalałe, a łzy szczęścia spływały do oczu. Jednak wszystko co piękne szybko się kończy i również my zakończyłyśmy nasz bieg wolności. A byłyśmy już tak blisko nieba, a jednocześnie tak daleko. Zawróciłyśmy w stronę domu, leniwym stępem, mijając te piękne pejzaże. Czułam nadal łomot serca, i przypływ adrenaliny. A nie chciałam by ta przygoda zakończyła się stępem, jednakże nie mogłam znów galopować. Dumnym, podniosłym kłusem podjechałam pod stajnię. Zsiadłam z klaczy, rozsiodłałam i odprowadzając widziałam te jej piękne oczy. One mówiły do mnie, tylko co? Odchodząc obiecałam jej że wrócę, i zrobimy to znowu, jednak tym razem nie będę się bać bo jeżeli bym zginęła, to w przekonaniu tego co kocham. Siedząc w aucie, w drodze do domu już wiedziałam co to jest miłość, szczęście ale zarazem strach. To najpiękniejsze co mogło mnie spotkać. A Ty jeżeli nigdy nie kochałeś konia, nigdy tego nie zrozumiesz. Jeżeli nie dosiadłeś końskiego grzbietu, nigdy nie zrozumiesz tego czym się zachwycam. Więc może spróbuj? Może stracisz tylko czas, albo odnajdziesz pasję

Moim oczami

Zaczeło się z samego rana. Ludzie nerwowo biegali po stajni, w tą i z powrotem, klneli, wrzeszczeli, nosili różne rzeczy. No cóż nie były to warunki do spania. Najpierw obserwowałem to zamieszanie jednym okiem, będąc w zawieszeniu, w rozkosznym pół-śnie. Ale niespodziewanie drzwi mego boksu rozwarły się ze zgrzytem, wszedł 
,,z dajenny'' , czy jak mu tam, przypią mi uwiąz do kantara, i dawaj ciągnąć mnie na padok! Jeszcze nie spotkałem się z takim traktowaniem, ale że byłem senny nie dałem mu do zrozumienia, kto tu rządzi. Dookoła padoku zgromadziło się może z ćwierć setki ludzi, których nigdy nie widziałem. Gapili się, szumieli jak wiatr w drzewach, zgrzytali, łazili tam i sam, a na dodatek nieładnie zajerzdżali tymi wstrętnymi bestiami, które zwą ...hmm ... ,,sa-mu-ch-da-mi'' ... tak , chyba, tak. A zresztą nieważne! Ważne, że ten okropny smród boleśnie wpił mi się w nozdrza, wdarł do gardła i doszczętnie wybił ze snu. Przebiegłem się kawałek lekkim kłusem, ale zaraz przestałem, bo moje wejście wywołało kretyńskie ,,achy'' i jeszcze głupsze ,,ochy'' , oraz inne nadwyraz denerwujące słówka, jak ,,słodziutki'' , ,,śliczniutki'' i ,,och to cudowne, spojrzał się na mnie, chyba mnie lubi!''. 
Taa ... ludzie to chyba nie są za inteligentni ... a, mniejsza z tym. Na padoku byłem sam i czułem się nieswojo. Ludzie łazili, snuli się, gapili, gadali, może przez dwie godziny, a ja nerwowo starałem się ich olewać i zająć resztkami jeszcze nie stratowanej trawy, co zresztą szło mi niesporo. Wreszcie wypatrzyłem ludzi którzy gapili się na mnie od godziny, w przerwach między gadaniem z z dajennym, i oglądaniem innych koni. Teraz podpisywali jakieś świstki, a z dajenny zaglądał im przez ramię, potem wymienili się małymi, zielonkawymi papierkami. Cóż, żaden koń jeszcze nie zrozumiał ludzkich rytułałów, bo tak po prawdzie są dziwaczne i ciągle się zmieniają. Nagle moją uwagę przykłuł nasz stajenny Weteranarz . . . nie, nie Weteranarz, tylko Weterynarz. Tak, więc on szedł w moją stronę. Nie chciało mi się uciekać, bo Weterynarz to sprytna bestia, a poza tym znałem go i nigdy nie zrobił mi nic złego ... ale za nim szli ci ludzie co bazgrali ze z dajennym po świstkach ... zjerzyłem się i postanowiłem ... ale nic z tego nie wyszło, bo Weterynarz już złapał mnie za kantar i zniweczył plany szalonej ucieczki. Zaczęło się badanie. Ci ludzie raz i drugi chcieli podejść, ale chyba Weterynarz im zakazał. Jak widać w stadzie ludzi Weterynarz ma wysoką rangę. Pewnie jest zaraz za z dajennym, władcą owsa, siana i padoków. 
Ani się spostrzegłem a Weterynarz skończył badanie, zamienił kilka słów z ludźmi, po czym zaprowadził mnie do jakiejś jaskini, do której wchodziło się po chuczącym pomoście. Zacząłem się szarpać, bo jaskinia była ciasna i ciemna, ale nagle jej drugi koniec otworzył się i widziałem co jest dalej. No dobra, do takiego tunelu, to chyba mogę wejść. 
Weszłem. Nagle zauważyłem że mam na sobie derkę, dziwne, ale nieszkodliwe kawały mareriału wypchane watą na nogach, i co najważniejsze, kulę siana zawieszoną na ścianie ... ogłuszający trzask za moimi plecam sprawił, że poskoczyłem, a moje serce na chwilę zaprzestało pracy ... a potem zaczeło pracować bardzo, ale to bardzo szybko. Za moimi plecami była, niewiadomo skąd ściana, i jak zaraz się zorientowałem, ruch do przodu blokował mi żelazny drąg, będący przymocowany od ściano do ściany, w poprzek mojej piersi . . . z przodu właśnie zamykał się otwór, ostatnia droga na zewnątrz ... No dobra, może i to była panika, ale kiedy ,,jaskinia'' gwałtownie się szarpnęła i zakolebała, zacząłem rżeć o pomoc, wierzgać ... ale to nic nie dało. Tak więc zaparłem się bokiem o ścianę jaskini i rozstawiłem szeroko nogi żeby amortyzować kolebanie. Czułem jak z pyska cieknie mi piana, i jak moje boki robią sie lepkie od potu. Oczy niemal wyłaziły mi z orbit przy każdym ruchu jaskini. To był chyba najstraszniejszy moment w moim życiu. Nie wiem ile trwała ta męczarnia, ale kiedy wreszcie jaskinia staneła, mało się nie wywruciłem. Na nogach trzymały mnie tylko ściany. Za moimi plecami odezwał się zgrzyt, ściana przede mną niespodziewanie rozstąpiła się, zalewając wnętrze jaskimi światłem, że po tym czasie spędzonym w mroku, wydawało mi się ono jaskrawe. Jakiś cień wszedł do jaskini, i zaczą mnie lekko popychać w pierś, tak że musiałem się cofać tyłem, a ja byłem zbyt wymęczony żeby się opierać temu co robił. Wreszcie, po czasie który wydawał mi się wiecznością, znalazłem się poza jaskinią. Nie rozglądałem się dookoła, ale słyszałem pełne współczucia głosy i czułem zapachy. To właśnie one skłoniły mnie do podniesienia głowy. Bo to nie były zapachy mojej stajni. Rozejrzałem się powoli czujnie nastawiając uszy. To nie był mój dom!